Na sali szkoleniowej realizujemy zazwyczaj to, co mamy w scenariuszu, ale dzieje się coś jeszcze: proces. Czasem zaczynasz zajęcia i masz wrażenie, że grupa w ogóle nie rusza. Zadajesz pytanie - cisza. Proponujesz ćwiczenie - brak reakcji. Patrzą, słuchają, ale jakby byli obok.
Innym razem wszyscy są skupieni, analizują, dyskutują, tylko nie chcą przejść do działania. A kiedy już działają, bywa, że robią to z ogromną energią, okazuje się, że niewiele z tego wynika, nie mają wielu przemyśleń.
Z zewnątrz te sytuacje wyglądają zupełnie inaczej. Z perspektywy metodyki pracy z grupami łączy je jedno: brak równowagi między poziomem myślenia a poziomem działania. I to nie grupa ma tu problem. Problem zaczyna się wtedy, gdy prowadzący podejmuje decyzję nieadekwatną do miejsca, w którym grupa realnie jest.
Gdy proces jeszcze się nie zaczął.
Pierwsza sytuacja jest najbardziej niewygodna. Niskie myślenie, niskie działanie. Uczestnicy są obecni fizycznie, ale poznawczo i relacyjnie jeszcze nie weszli w proces. W dynamice grupy to faza orientacji. Sprawdzają, czy to miejsce jest bezpieczne, czy temat ich dotyczy, czy warto się angażować. Najczęstsza reakcja prowadzącego? Podkręcić tempo. Wprowadzić integrację, grę, dynamiczne zadanie. „Rozruszać”. To w tym miejscu rodzi się pierwszy błąd decyzyjny.
Jeżeli grupa nie ma jeszcze minimalnego poczucia sensu i bezpieczeństwa, każda złożona metoda będzie dla niej obciążeniem. W teorii obciążenia poznawczego mówimy o przekroczeniu dostępnych zasobów: nowa sytuacja, brak kontraktu psychologicznego i wymagające zadanie tworzą nadmiar bodźców. Efekt? Zamrożenie. W tej konfiguracji prowadzący powinien zrobić coś odwrotnego niż podpowiada adrenalina. Powinien zwolnić i uprościć.
Zamiast rozpoczynać od pracy w podgrupach, warto usiąść bliżej grupy i powiedzieć wprost: „Zanim przejdziemy dalej, sprawdźmy, po co wam to szkolenie i czego potrzebujecie, żeby miało ono sens”. Następnie dać chwilę na indywidualne odpowiedzi, najlepiej w formie pisemnej albo burzy mózgów z użyciem telefonów. Bez ekspozycji. Bez presji.
Dobrą decyzją jest też nazwanie niewygodnych kontekstów. Jeżeli udział jest obowiązkowy, powiedzieć to na głos. Jeżeli projekt ma narzucone cele, ujawnić je. Kontrakt psychologiczny nie polega na ustaleniu zasad typu „nie przerywamy sobie”. Polega na uzgodnieniu, w jakiej rzeczywistości pracujemy i gdzie są granice wpływu.
Czego nie robić? Nie udowadniać, że metoda jest dobra. Nie podnosić energii na siłę. Nie interpretować ciszy jako wrogości. I przede wszystkim, nie dokładać kolejnych ćwiczeń w nadziei, że któreś „zaskoczy”. Jeżeli grupa nie widzi sensu, żadna metoda nie uruchomi procesu.
Gdy grupa myśli, ale jeszcze nie działa.
Druga konfiguracja jest mniej dotkliwa, ale równie wymagająca. Wysokie myślenie, niskie działanie. Uczestnicy słuchają, analizują, zadają pytania, próbują zrozumieć. A kiedy proponujesz przejście do zadania, mówią: „Chwileczkę, jeszcze chciałabym to poukładać”.
Wielu prowadzących odbiera to jako opór. Tymczasem z perspektywy konstruktywistycznej to moment integracji znaczeń. Grupa próbuje połączyć nowe treści z własnym doświadczeniem. Proces uczenia się już trwa, tylko nie przybrał jeszcze formy działania. Błędem jest przyspieszanie.
Jeżeli w tym momencie wymusisz pracę w podgrupach, uczestnicy wykonają ćwiczenie technicznie. Będą mówić, coś zapiszą, może nawet wypracują wnioski. Ale bez wewnętrznej decyzji o wejściu w działanie. W tej ćwiartce rola prowadzącego polega na moderowaniu procesu poznawczego. Oznacza to konkretne działania: parafrazowanie wypowiedzi, łączenie wątków, wyłapywanie różnic perspektyw, dopytywanie o konsekwencje. Czasem warto narysować na tablicy mapę pojęć, żeby zobaczyć, jak grupa rozumie temat. To moment, w którym pytanie „Dlaczego to jest ważne?” bywa ważniejsze niż „Jak to zrobicie?”.
Czego nie robić? Nie ucinać rozmowy tylko dlatego, że czas leci. Nie traktować analizy jako straty czasu. Nie zwiększać liczby bodźców, gdy proces wymaga pogłębienia, a nie przyspieszenia. Działanie powinno być konsekwencją zrozumienia. Jeżeli pojawi się za wcześnie, będzie tylko pustym ruchem.
Gdy wszyscy działają, a uczenie się się nie wydarza.
Trzecia sytuacja jest najbardziej zdradliwa. Niskie myślenie, wysokie działanie. Energia jest dobra. Ćwiczenia się toczą. Podgrupy pracują. Flipcharty się zapełniają. Prowadzący ma poczucie, że „idzie”. A potem przychodzi moment podsumowania i słyszy: „To było ciekawe”. „Fajne ćwiczenie”. I nic więcej.
W modelach uczenia się przez doświadczenie kluczową fazą jest refleksja. To ona oddziela aktywność od uczenia się. Bez niej doświadczenie pozostaje serią zdarzeń. W tej konfiguracji prowadzący musi świadomie zatrzymać proces. Nie symbolicznie. Realnie.
Jeżeli symulacja trwała dwadzieścia minut, omówienie powinno trwać co najmniej tyle samo, a często dłużej. To w omówieniu uczestnicy rekonstruują przebieg zdarzeń, analizują decyzje, ujawniają założenia, nazywają mechanizmy. Nie wystarczy zapytać: „Jak wam poszło?”. To pytanie generuje opinie, nie refleksję.
Refleksja wymaga struktury. Najpierw pytania o fakty: co dokładnie się wydarzyło i w jakiej kolejności. Potem pytania o mechanizmy: co wpłynęło na wasze decyzje, jakie założenia stały za tym wyborem, co zadecydowało o efekcie. I dopiero na końcu pytania o transfer: co zrobicie inaczej w realnej sytuacji zawodowej.
Czego absolutnie nie robić? Nie skracać refleksji, żeby „zdążyć z programem”. Nie podsumowywać za grupę. Nie zadowalać się powierzchownymi komentarzami. Nie przechodzić do kolejnego ćwiczenia, dopóki nie zostanie nazwany sens tego, które właśnie się odbyło. Jeżeli refleksja zostanie pominięta, ćwiczenie było tylko aktywnością. Niczym więcej.
Gdy proces się domyka.
Ostatnia konfiguracja, wysokie myślenie i wysokie działanie, jest stanem integracji. Grupa rozumie, po co działa, i działa po to, żeby pogłębiać rozumienie. Ćwiczenia generują materiał do analizy. Analiza prowadzi do kolejnych decyzji. W tym miejscu największym zagrożeniem jest… nadgorliwość prowadzącego.
Kiedy proces się spina, pokusa polega na tym, by jeszcze podnieść poziom trudności, jeszcze coś dołożyć, jeszcze przyspieszyć. Tymczasem rolą prowadzącego jest regulacja, nie eskalacja. Trzeba pilnować równowagi między działaniem a refleksją. Monitorować zmęczenie poznawcze. Stopniowo oddawać odpowiedzialność grupie. Pozwalać jej samodzielnie formułować wnioski i decyzje.
Czego nie robić? Nie odbierać grupie sprawczości nadmiernym sterowaniem. Nie komplikować procesu tylko dlatego, że można więcej. Nie ingerować tam, gdzie system grupowy działa samoregulacyjnie. W każdej z tych sytuacji można użyć tej samej metody i w każdej z nich przyniesie ona inny efekt.
Dlatego kluczowe pytanie prowadzącego nie brzmi: „Jaką technikę zastosować?”, tylko: „Na co ta grupa jest gotowa w tym momencie?”. Nie chodzi o to, by naprawiać grupę. Chodzi o to, by nie pracować wbrew procesowi. A to wymaga jednej rzeczy: gotowości do zmiany własnej decyzji w trakcie zajęć – nawet jeśli oznacza to odłożenie najlepszego scenariusza na bok.
Agnieszka Sip – trenerka, wykładowczyni akademicka i autorka, od ponad dwudziestu lat pracująca z grupami w edukacji, doradztwie i szkoleniach. W Akademii Webinaru porządkuje własne doświadczenia związane z prowadzeniem procesów uczenia się – szczególnie w sytuacjach trudnych, niejednoznacznych i wymagających decyzji podejmowanych na żywo. Redaktor Naczelna kwartalnika „Doradca Kariery”, autorka książki „Praca i ja. Przygoda życia” oraz materiałów edukacyjnych dla młodzieży i dorosłych. W swojej pracy kładzie nacisk na refleksyjność, odpowiedzialność i uważność na proces, a nie na zestaw metod.